Zamki na piasku czyli o samoorganizacji myśli nieuczesane

Podczas imprez najlepsze rozmowy zdarzają się w kuchni. Podczas ostatniego spotkania grupy Agile3M na temat zwinnych, samoorganizujących się zespołów prowadzonego przez Kamila Sabatowskiego miałem bardzo dobrą rozmowę z Bartkiem na zapleczu tej prezentacji – czyli przy barze klubu Atelier. A rozmawialiśmy między innymi o różnicach w podejściu do samoorganizacji w gronie 300 osób wytwarzających jeden system i w 30-osobowej firmie. Po prezentacji Kamila i rozmowie z Bartkiem kilka rzeczy zaczęło mi się układać – i tak powstał ten tekst.

Zacznijmy od uściślenia, co rozumiemy pod słowem „samoorganizacja” – bo tutaj istnieje sporo różnych definicji. Dla potrzeb tego tekstu przyjmijmy pewną parafrazę Scrum Guide’a: samoorganizujący zespół sam decyduje o tym, w jaki sposób wykonywać swoją pracę („No one tells the Development Team how to turn Product Backlog into Increments of potentially releasable functionality”).

Myślę, że każdy Scrum Master chciałby pracować z takim zespołem. Z zespołem, do którego przychodzi Właściciel Produktu, mówi „dzisiaj będziemy budować zamek z piasku na plaży” – a Zespół Deweloperski natychmiast zbiera się, generuje pomysły („ja skombinuję jakieś wiaderko!”, „a ja pożyczę od synka łopatkę!”, „to ja pozbieram muszelki!”, „hej, a czy będziemy robić fosę?”), a następnie przystępuje do ich wykonania.

Tymczasem w rzeczywistości czasami zdarza się trochę inna sytuacja. Przychodzi Właściciel Produktu i mówi „hej, budujemy zamek z piasku na plaży”. I następuje cisza. Nic się nie dzieje. Kłęby kurzu się przewalają. Ziewnięcie. Cisza.

Wtedy Scrum Master zwykle odzywa się mówi: „drodzy moi, tutaj jest zadanie, czego potrzebujecie do jego wykonania?”. I znowu zapada cisza. Ale po chwili zaczynają się odzywać pojedyncze głosy: „ale narzędzi nie mamy…”. „Nie wiemy, jak ma ten zamek wyglądać…”. „A ja nie wiem, co ja mam robić, niech mi ktoś powie”.

Jeżeli Scrum Master ma w sobie spory pierwiastek cechy „servant”, to zdarza się, że w jego głowie pojawia się myśl: „no tak, trzeba stworzyć warunki zespołowi do samoorganizacji i trzeba usuwać przeszkody”. Zatem zaczyna się krzątać po plaży i już po chwili przy zespole leży zestaw wiaderek, łopatek, grabek i muszelek. Mówi: „tu są narzędzia, tutaj Właściciel Produktu narysował plan zamku, czy teraz możecie się zabrać do pracy?”. Cisza. Po chwili ktoś wziął łopatkę i zaczął kopać dziurę. Ktoś inny zaczął sortować muszelki. Dwie osoby zaczęły budować mur. Wszyscy zajęli się jakąś pracą. Ale jakoś z tych prac nie wyłania się zamówiony zamek…

Doświadczyliście kiedyś takiej sytuacji? Ja tak.

Jeżeli taka sytuacja się powtarza, to bywa, że tracimy wiarę w to, że takie coś jak samoorganizacja w ogóle występuje w przyrodzie. I wtedy przychodzi myśl: „ale zaraz, zaraz, już ją kiedyś przecież widziałem!”.

Ważnym życiowym doświadczeniem było dla mnie koordynowanie przygotowań do weekendowego, międzynarodowego zjazdu dla ponad 300 osób. Przygotowania zajęły prawie rok. Trzeba było wynegocjować wynajem przestrzeni, zorganizować wyżywienie, zaprosić tłumaczy symultanicznych, przyjmować zapisy, rozlokować uczestników, zrobić jeszcze masę innych rzeczy. Wszystko to zostało przygotowane przez grupę kilkunastu wolontariuszy. I to był prawdziwie samoorganizujący się system – wszystkie zadania były podejmowane przez ochotników i wykonywane tak, jak chcieli to zrobić. Jako koordynator tego wydarzenia dbałem tylko o to, aby wszystkie ważne zadania były zaopiekowane. Jeżeli czegoś brakowało, to mówiłem: „słuchajcie, zostały jeszcze tylko 2 tygodnie, a nie mamy jeszcze busa do transportu uczestników. Kto mógłby poszukać jakiejś firmy?”.

Dlaczego to zadziało? Ano dlatego, że wszyscy uczestnicy tego wydarzenia byli mocno zaangażowani. Ten zjazd był dla nas ważny. Wiedzieliśmy, że jeżeli my go nie zrobimy – to on się nie odbędzie. W innych doświadczeniach, w których widziałem samoorganizację, ten czynnik motywacyjny występował zawsze. Kiedyś Przemek Witka opowiadając na NTPM o samoorganizacji zaproponował uczestnikom ćwiczenie polegające na chodzeniu w określony sposób. Dlaczego wziąłem w nim udział? Dlatego, że byłem bardzo ciekawy, jak wypadnie to ćwiczenie. Ciekawość była moim motywatorem.

Czasami podczas retrospektyw rozmawiam z zespołami o naszej motywacji. Często wtedy posługujemy się modelem Dana Pinka, który wyróżnia trzy niezbędne składniki motywacji: autonomię, mistrzostwo oraz cel (purpose). Większość osób, z którymi o tym rozmawiałem, przyznawała że jest zadowolona ze swojej autonomii. Byli również zadowoleni ze swojego rozwoju – czyli dążenia do mistrzostwa. Natomiast największy deficyt zwykle występował po stronie celu. Albo cel pracy nie był jasno widoczny, albo też nie był dla ludzi istotny.

Czy zatem samoorganizacja może występować, jeżeli nie widzimy celu budowania naszego zamku z piasku? Jeżeli nie ma pewnego napięcia? Jeżeli nie ma świadomości dlaczego jest takie ważne, żeby ten zamek zbudować?

A może jest tak, że jeżeli w naszej organizacji nie potrafimy pokazać ludziom celu ich prac (albo organizacja pokazuje, ale ludzie nie identyfikują się z tym celem) – to wszystkie próby stworzenia samoorganizujących się zespołów są skazane na porażkę?

Czy wiesz, dlaczego budujesz swój zamek na piasku? Czy jest to dla Ciebie ważne?

1 myśl na “Zamki na piasku czyli o samoorganizacji myśli nieuczesane”

  1. Podzielam obserwację, bardzo często cel jest albo niejasny, albo jego ważność nie jest zrozumiała, albo członkowie zespołu nie widzą jego powiązania ze swoimi celami. Zaadresowanie tego aspektu ma często największy wpływ nie tylko na samoorganizację, ale po prostu na skuteczność zespołu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.